|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tędy do Wiedźmy:
|
czwartek, 13 października 2011
Arystokratyczna tytulatura i przenośne dziury
Dzisiaj, proszę państwa, uskutecznimy krótki kurs posługiwania się tytulaturą arystokratyczną. Niektórym bowiem pismakom, a nawet poważnym dziennikarzom z poważnych, opiniotwórczych periodyków, księżne, księżniczki, hrabiny i hrabianki plączą się w jeden melanż, po czym ja, biednai niewinna ofiara, niszczę sobie szkliwo na zębach, czytając na przykład o księżniczce Dianie. Albo o hrabinie Tyszkiewicz Beacie. Uwaga zatem, natężcie umysły i posłuchajcie. Otóż, drodzy moi, księżniczka, to jest taka pani, która jest na przykład córką księcia, króla, albo cesarza i tytuł przysługuje jej z racji urodzenia. Na przykład Elżbieta Amalia von Wittelsbach, księżniczka w Bawarii (nie, proszę mi tego "w" nie wycinać!). Albo, na ten przykład, Anna Mountbatten - Windsor, księżniczka angielska. Albo Gizela von Habsburg - Lothringen, arcyksiężniczka austriacka. Kapewu? Natomiast taka już Diana Spencer jest córką zaledwie hrabiego, a prawa do tytułu nabyła poślubiając księcia Walii, Karola Mountbatten - Windsor. To powoduje, że nie jest księżniczką. Powtarzam: NIE JEST księżniczką. Jest KSIĘŻNĄ. Cała klasa powtarza chórem: księżna Walii Diana. To samo tyczy się tytulatury na poziomie hrabiowskim. Córka pana hrabiego to hrabianka, żona to hrabina. Dlatego, droga redakcjo pisma kobiecego, którego tytułu nie pamiętam, Beata Tyszkiewicz, która w bogatym asortymencie swych mężów miała samych plebejuszy, za to ojciec jej przed nazwiskiem umieszczał dwie magiczne literki "hr", ona więc jest hrabianką. Nie hrabiną. Comprende? Verstehen Sie? Nno. Lekcję zakończymy czymś do śmiechu. Otóż wielce prestiżowe czasopismo "Życie na gorąco" zamieściło informację, że małżonka Jerzego Hoffmana, celem stosownego wyelegantowania go na premierę "Bitwy warszawskiej", kupiła mu butonierkę. Tak, dobrze czytacie, butonierkę, tę fajną, małą dziurkę w klapie marynarki/smokinga/fraka w którą można sobie wetknąć kwiatek. Nie wiedziałam, że firma ACME poszerzyła swój asortyment przenośnych dziur.
piątek, 10 czerwca 2011
Wojna i mdłości
Dawno tu nie byłam, ale zderzenie czołowe z pewnym dziełem, sprawiło, że postanowiłam odkurzyć stare kąty. Dzieło nie jest literackie, ma charakter wizualny i wyprodukowała je Telewizja Polska, lecz jego debilizm jest tak wielki, że okiem sokolim nie zmierzysz i w pełni godzien uwiecznienia na tym blogu. Jest to bowiem tfurczość przez TFU wielkie jak Mount Everest.
Dzieło owo jest serialem pt. "1920. Wojna i miłość". Zaczyna się toto w roku 1918, a herosów jest trzech. Niejaki Jabłoński, białogwardzista, Szymański z Legionów Polskich (scenarzysta przeoczył ten drobny szczegół, że w 1918 roku Legiony jako formacja w łonie C.K Armii już nie istniały), oraz Jarociński, służący w armii pruskiej. Panowie się poznają w okolicznościach mętnych i zdupywziętych, to znaczy białogwardzista ucieka z łap bolszewickich oprawców, legun jako jedyny przeżywa bitwę z Niemcami, po czym wpada na pana w mundurze pruskim, a obaj razem na białego. Kiedy okazuje się, że wszyscy panowie są Polakami zaczyna się upojny, acz krótkotrwały, bromance, a potem nagle staje się Polska. No tak po prostu, nie było i już jest. Panowie się radują, odmieniają nazwę kraju ojczystego przez wszelkie możliwe przypadki, po czym oczywiście udają się do stolicy, wstąpić do wojska. Niektórym mundur przynosi osobiście Piłsudski, grany przez Mirosława Bakę i posiadający charyzmę rolki papieru toaletowego. Na marginesie, dotąd znałam pana Bakę jako dobrego aktora, uświadomiwszy sobie zatem, że ten kolo z papier mache, to on, doznałam niejakiego szoku. Sytuacji ani trochę nie poprawia fakt, że scenarzysta jest mistrzem drewnianego dialogu, naszpikowanego dętymi pierdafonami, a kiedy dociera do postaci marszałka, ilość rzeczonych pierdafonów w tekście mu się wydatnie zwiększa. I tak Piłsudski zostaje zredukowany do roli nieco przygłupiego dziadunia, chadzającego sobie w płaszczu narzuconym na ramiona i wygłaszającego, z dykcją, do złudzenia przypominającą dykcję pewnego prezesa pewnej wiodącej partii, kwestie na przemian patriotyczne, oraz mające w zamierzeniu scenarzysty skrzyć się ciętym dowcipem. Ha, ha. Zresztą szanowny scenarzysta ma wybitny problem z pisaniem postaci przypominających żywych ludzi... Chociaż nie, on się nie wysilał. Jak w dziełach propagandowych ustroju słusznie minionego, albo kryminałach Anny Kłodzińskiej (też propagandówki poniekąd jakby) postacie zarysowane są bardzo bardzo grubą krechą, tak, żeby nawet największy głąb widział, kto jest dobry, a kto nie. A podziały wyglądają tak: żeby być dobrym, mądrym i szlachetnym należy być Polakiem, katolikiem oraz szlachcicem. Hańba pochodzenia chłopskiego może zostać zmazana ewentualnie poprzez stopień oficerski w Wojsku Polskim. Jesli bohater spełnia te kryteria, to nawet popełniając czyn haniebny pozostaje bez skazy i niewinny jako ta łza Dziewicy Maryi, patrz przypadek Jabłońskiego. Onże, będąc kwatermistrzem, przyjął tłustą łapówę od szemranego handlarza, za podpisanie z nim kontraktu na dostawy mąki. Okazało się, że (och zgrozo, zgrozo) przebrzydły handlarz do pszennej mąki sypał żytnią (która bardzo uprzejmie się rozwarstwiała, opadając na dno niczym pył jaki ołowiany), sprawa się rypła i Bronio Jabłoński stanął sobie przed sądem. Po czym nastąpiła scena łzawa i podniosła, kiedy jego przełożony dał mu świadectwo cnót wszelakich, twierdząc iż Jabłoński, cytuję "przynosił zaszczyt mianu Polaka". Bronio wprawdzie trafił do karnej kompanii, ale w aureoli uciśnionej niewinności, prezentowany wciąż pozytywnie. Chłopi natomiast są, generalnie, wredną hołotą, która tylko myśli, jakby tu przejść na stronę czerwonych. Pozwolę tu sobie opisać jedną z bardziej kuriozalnych scen, która przyprawiła mnie o opad szczęki i dziki wytrzeszcz, a następnie o mdłości. Otóż Jarocki, chłop oficerstwem nobilitowany, stacjonował z odziałem w pobliżu majątku Dąbrówka i wpadł sobie jednego razu do dworku, państwa zwizytować. No i przyszli chłopi ze wsi ościennej i dość uprzejmie oznajmili, że wyszedł dekret o ośmiogodzinnym dniu pracy, w związku z czym niech jaśnie państwo się zastanowią co zamierzają, bo oni, chłopi, robić dłużej niż dekret nakazuje nie mają ochoty. Bez dzikich wrzasków i gróźb karalnych. Tak, wiem, że scenarzysta przeoczył zniesienie pańszczyzny w czasach zaborów, względnie nigdy nie słyszał o istnieniu tzw. dworskich, czyli niższej służby przy dworze zamieszkałej i zajmującej się obrabianiem włości jaśnie państwa, w tym wzmiankowanym przez chłopów doglądaniem zwierząt w pańskich oborach, ja to wiem. Ale dobra, nic to, przełknijcie ten debilizm i posłuchajcie dalej. Owóż jaśnie państwo na wzmiankę o ośmiu godzinach pracy doznali nieledwie szoku, zaś dzielny chłop nobilitowany rzucił się na ratunek. Oznajmił chłopstwu, że jest wojna, w związku z czym ich odmowa tyrania to sabotaż i mogą za to przed plutonem egzekucyjnym stanąć. W tym momencie zrobiło mi się niedobrze. Po czym, rzecz jasna, okazało się, że najgłośniej krzyczący o prawach chłop jest wrednym bolszewickim szpiegiem i podstępnym agitatorem, tfu oraz zaraza. Dla wykazania, że chłopy to podejrzane som, zaprezentowano nam jeszcze lud wiejski witający wkraczających bolszewików nieledwie chlebem i solą, a na pewno uśmiechniętymi twarzami i ogólnym, prawdaż nieprawdaż, zadowoleniem. Potem zaś młody panicz okreslił chłopów jako takowych, mianem hołoty, a stojący obok niego małorolny nobilitowany Jarociński nawet nie zaprotestował. Uroczo. Jeszcze gorsi od chłopów są Rosjanie. Pół biedy, jeśli taki Rosjanin poślubi Polkę, wtedy się jakoś nasyci przez nią cywilizacją i jest łagodny. Jeśli natomiast ma matkę Polkę, znajdzie w sobie ludzkie odruchy. Lecz jeśli jest czystej krwi Rosjaninem, polskością nie tkniętym, to jest bestią. Zwierzęciem, nigdy nie trzeźwiejącym, gwałcącym i rabującym, bez cienia manier oraz mózgu. Dla porządku, ja zdaję sobie sprawę, że Armia Czerwona nie składała się z misiów pluszowych i gwałty oraz zbrodnie na sumieniu miała, jednak upieram się, że wśród Rosjan też się znajdują ludzie myślący, kulturalni oraz niepijący. Nawet w tej cholernej Armii Czerwonej takowi byli. Podział na dobrych i złych podkreślony jest bardzo (nie)subtelnie choćby przez dobór trunków. Nasi popijają koniak, względnie wino, bolszewia i ich agenci chla z gwinta mętny bimber, sądząc z koloru pędzony z używanych onuc wojskowych. Ruskie ostentacyjnie mówią o tym, ze Boga nie ma, natomiast podstawowym wyposażeniem Prawdziwego Polaka jest szkaplerzyk, względnie książeczka do nabożeństwa. Serio, na przykład oficer Szymański, specjalista od szyfrów, wezwany do sztabu, bo wojna i łamać trza wraże depesze (tak, ja wiem, że to jest durne, w dodatku ruskie sobie tym radiem całe epistoły ślą), jako produkt pierwszej potrzeby pakuje do walizki właśnie książeczkę do nabożeństwa. Tenże podział przebiega też w sypialni. Polak prawdziwy, a szlachetny, kocha się poślubnie i przy zgaszonym świetle. No dobrze, Polak Jabłoński kochał się też przedślubnie, z takim impetem, że swą kochankę zapłodnił (po czym zrobił jej za to wielką publiczną awanturę - to ta znana galanteria polskich przedwojennych oficerów musi być zapewne), ale ponieważ Jabłoński jako szlachcic i katolik jest dobry, więc jemu wolno. Natomiast jeśli osoba jest bolszewikiem, względnie bolszewickim agentem, musi się obowiązkowo oddawać rozpuście (jak modystka-szpieg, bzykająca się z kochasiem na zapleczu) i to jest wtedy złe i niemoralne. Do tego dorzućcie jeszcze liczne kretynizmy fabuły, o na przykład taki kwiatuszek: zgwałcona panienka ze dworka, imieniem, a jakże, Zosia, zostaje znaleziona przez nobilitowanego chłopa Jarocińskiego i przyjęta do jego oddziału. Ot tak. Tenże oddział debiutuje w serialu jako piechota (w pięknej sekwencji, kiedy wchodzą do lasu w maciejówkach i hełmach francuskich na głowach, a wychodzą ubrani w niemieckie), potem natomiast spotyka ułanów, na poczekaniu dostaje od nich konie i przeistacza się magicznie w szwadron strzelców konnych, wyposażonych w szable i tak dalej. Tak, ostrogi na obuwiu też im wyrastają. Dorzućcie też debilizm geograficzny, polegający na tym, że cała pozawarszawska akcja kotłuje się między majątkiem Dąbrówka a stacją kolejową tej samej nazwy (i jest to zapewne jedyna na świecie działająca stacja kolejowa, położona z dala od jakichkolwiek torów) oraz debilizm polegający na wpadaniu na siebie rozmaitych postaci cudownym zbiegiem okoliczności, jak owa zgwałcona Zosia na nobilitowanego Jarocińskiego. Albo na przykład trzej bohaterowie, w drodze do warszawy wpadający na stację bez torów, której zawiadowcą jest ojciec bolszewickiego oprawcy pastwiącego się uprzednio nad mości Jabłońskim. Po czym wzmiankowany oprawca zostaje szpiekiem i zatrudnia się gdzie? W majątku Dąbrówka. Bo w rodzinnych stronach na pewno nikt go nie rozpozna. Zaprawcie całość koszmarnym aktorstwem, ale naprawdę koszmarnym. I tu apel: panie Wesołowski, zrób pan przysługę ludzkości i nigdy więcej nie próbuj grać nonszalanckiego cynika a'la Bond. A najlepiej weź pan kolegów z planu i zbiorowo się panowie przerzućcie na, nie wiem, kładzenie kafelków albo handel szczypiorkiem, a świat odetchnie z ulgą. Wstrząśnijcie. I dostaniecie mdłości.
sobota, 13 lutego 2010
Dacre Stoker Ian Holt "Dracula nieumarły". Wydawnictwo Znak, Kraków 2009
Kiedy usłyszałam, że powstał sequel stokerowego "Draculi" poczułam głęboką nieufność. Kiedy odkryłam, że współautorem jest "wiodący hollywoodzki scenarzysta" (o którym mało kto słyszał), nieufność przeistoczyła się w zdecydowaną, solidną niechęć. Jednak, ponieważ kocham Draculę oraz dzieło Stokera, musiałam dzieło nabyć i przeczytać. Wydane to jest ładnie, okładkę ma efektowną, gorzej z tym, co się znajduje w środku. Ale zacznijmy od początku. A więc mamy rok 1912. Doktor Seward jest znarkotyzowanym wrakiem, któremu nikt nie wierzy, a wszyscy mają za czubka. Postać pierwsza charakterologicznie zarżnięta, dziękuję państwu. Spsiały Jack śledzi morderczą hrabinę Batory, a autorzy już na sronie osiemnastej pokazują, że ich umiejętności pisarskie plasują się na poziomie autora przeciętnego fanficu. Otóż pani Batory robi to, co lubi, czyli znęca się nad niewinną dzieweczką, z użyciem ostrych narzędzi. Dzieweczka początkowo ubrana jest od stóp do głów, w tym również w gorset. Co robi Ela? Ela bierze nóż i przeciąga nim po rzeczonym gorsecie. I wtedy cała odzież, gorset, majtki, koszula, pończochy, trzewiki, wszystko to opada z panienki w jednej chwili, zostawiając ją nagą. Skojarzyło mi się to nieodparcie ze sceną erotyczną w "Nagiej broni" kiedy to jednym gestem Frank Drebin pozbywa się całej garderoby. Dalej jest jeszcze lepiej. Artur Holmwood obraził się na cały świat, tudzież popadł w skłonność do nadmiernego ryzykowania życiem, profesor van Helsing jest starym tetrykiem, z budyniem zamiast mózgu, co się zaś tyczy Harkerów... Tu miałam wrażenie, że panowie autorzy zapatrzyli się mocno w "Upiora na Manhattanie". Jonathan bowiem jest alkoholikiem, Mina zaś urodziła dziecię spłodzone, jakżeby, przez Draculę. Facet jest wampirem, a zatem nie żyje I NIE MOŻE PŁODZIĆ DZIECI, ale co to jest dla dzielnych autorów. Reguły świata przedstawionego? Phi! Do tego Mina jakimś cudem pozostała zwampirzona, zachowując wieczną młodość, co jednak nie posiało w sercach ekipy van Helsinga wątpliwości, czy aby Dracula przypadkiem jednak nie... nieżyje? Ujmijmy to inaczej. Czy zabili Draculę ze stuprocentowym skutkiem śmiertelnym. Co jeszcze śmieszniejsze, Quincey Harker przez dwadzieścia parę lat swego żywota nie zauważył, że jest półwampirem. Żadnych wyostrzonych zmysłów, nadludzkiej siły ani ciągot do cudzych tętnic, skądże. To pojawiło się dopiero wtedy, kiedy pasowało autorom, bo potrzebny był akurat jakiś superman. Tak deus ex machina, czy raczej dhampir ex machina. Młody Harker, jako postać, zasługuje na osobny zestaw bluzgów. Gość ma dwadzieścia parę lat, a zachowuje się jak gimnazjalista, w dodatku nienachalnie inteligentny. Popełnia jedną głupotę za drugą, mózgu nie używa wcale, za to foszy się i stroszy za trzech. Miałam szaloną ochotę zrobić mu ciężką krzywdę, jemu i jego twórcom. Chęć się wzmogła, kiedy twórcy kazali Eli Batorowej wbić Jonathana na pal, a pal postawić na Piccadily Circus, przy czym dziwnym trafem nikt tego nie widział i nie słyszał. Nawet fedrowania w bruku, żeby ten cholerny pal postawić do pionu. Pamiętajcie dzieci, każdy wampir chodzi z podręczną koparką, młotem pneumatycznym oraz cudownym ekranem tłumiącym wszelki hałas i zapewniającym niewidzialność. Przy czym nie rozumiem za bardzo, czemu pani Batory uparła się mordować członków helsingowej ekipy antydrakulowej. Ale to jeszcze nie koniec, mamy wszakże postać Draculi. Drogi Władzio jest całkiem miły i puchaty i wcale nikogo nie zabił. Z Lucy sztachnął sobie tylko drinka, bo był głodny, a zamordowała ją Ela B., nie wiadomo za co, po co i dlaczego. Ogólnie jest szlachetny do upojenia i, proszę usiąść, służy Chrystusowi. Tak, dobrze widzicie, prosimy nie regulować odbiorników, Nieumarły służy Bogu. Poza tym jest czułym i namiętnym kochankiem oraz generalnie supermenem cudnej urody i od Edwarda Cullena różni się tylko tym, że nie migocze w słoneczku, bo słoneczko robi mu ziaziu. Niektórzy zapewne już zauważyli, że nic tu się nie chce zgadzać z powieścią, której to dzieło ma być sequelem. I na to jest wyjaśnienie, Bram Stoker bowiem pojawia się osobiście, jako uparty, głupawy, stary cap który wszystko poprzekręcał i napisał źle, a do tego niespełniony pisarzyna, dla którego "Dracula" był jedynym źródłem sukcesu. Już za to samo szanowny Abraham winien wstać z grobu i przyrżnąć swemu kretyńskiemu potomkowi w łeb wiekeim trumny, a potem poprawić Wiodącemu Scenarzyście. Fabuła tego dzieła stanowi typowy scenariusz głupawego filmu sensacyjnego, czyli dużo pościgów, walk, jest nawet i wybuch, niezupełnie mający sens, do tego mamy seks i gore w łagodnym wydaniu. Całość składa się na nieczytalny gniot i mam nadzieję, że Bram Stoker straszy autorów po nocach.
środa, 18 lutego 2009
Stephenie Meyer "Zmierzch", oraz pozostałe tomy z serii.
Dzisiaj, drodzy Czytelnicy, zajmiemy się gniotem który jest ostatnio lansowany jako porywająca opowieść, nowy Harry Potter i Bóg jeden wie co jeszcze, od czego włosy mi stają dęba, bo to utwór iście potworny. Chodzi o czterotomowy cykl powieści (nie, nie nazwę tego sagą, nawet jeśli będą mi przypalać pięty) autorstwa Stephenie Meyer, w którego skład wchodzą Zmierzch, Księżyc w nowiu, Zaćmienie i Przed świtem. Niejaka Bella Swan przeprowadza się do miasteczka Forks w stanie Waszyngton. Tam w nowej szkole spotyka nieziemsko pięknego Edwarda Cullena i jego równie piękne rodzeństwo. Edward okazuje się wampirem, Bella się w nim zakochuje, on w niej, wreszcie pojawiają się złe wampiry ktore chcą upolować główną bohaterkę, ale oczywiście boski Cullen ratuje heroinę i wszystko się dobrze kończy. Przez następne trzy tomy autorka wałkuje romans Belli i edwarda, Edward znika, Bella z tego powodu zamienia sie w zombie na kilka miesięcy, Edward wraca, cały czas plącze się dookoła Jacob Black, wilkołak, co ma stwarzać trójkąt miłosny, od czasu do czasu wyskakują złe wampiry, za każdym razem pokonywane, wreszcie Edward poślubia Bellę, płodzi z nią dziecko, zamienia ją w wampirzycę i nieżyją długo i szczęśliwie. Calość jest durna niemożebnie, napisana językiem przeładowanym epitetami do granic możliwości, ktore to epitety w większości opisują piękno Edwarda Cullena. Po którymś tam z rzędu akapicie pelnym soczystych zachwytów Belli nad urodą Edwarda miałam ochotę zwymiotować. Można by pomyśleć że wszyscy na samym początku pojęli że Edward to chodząca perfekcja i ciacho wszechczasów, nie ma więc potrzeby opisywać tego za każdym razem gdy on się pojawia, ale nie. Meyer za każdym razem musi nas uraczyć soczystym opisem adonisopodobnego Edwarda. Następnym problemem, oprócz języka, sa postaci. Płaskie jak naleśnik, co do sztuki, w dodatku wkurzające. Bella jest egoistyczną, wiecznie narzekającą, bezmózgą kretynką, nie mogącą wykrzesać z siebie bodaj cienia wdzięczności, arogancką do granic. I, dodajmy, płytką. Żeby było śmieszniej autorka usilnie wmawia czytelnikom że panna Swan jest nad wiek dojrzała, myśli tylko o innych i jest milusia i puchata. Problem w tym ze tylko mówi, gdy panna Swan swymi czynami pokazuje coś zupełnie innego. Przykład pierwszy z brzegu. Pierwszego dnia w nowej szkole dwóch chłopców oferuje Belli pomoc w dotarciu do klasy. Chlopak numer jeden, Eric, wygląda wedle Swanówny jak kujon i ma problemy ze skórą, zatem bohaterka jest dla niego niemiła, wręcz opryskliwa. Drugi chłopak jednakowoż, niejaki Mike, jest całkiem atrakcyjny i patrzajcie narody, jakaż to przemiana zaszła w Belli. Nagle panna Swan potrafi normalnie się odezwac a nawet uśmiechnąć! Cud! Jedynym zainteresowaniem Belli jest Edward. Oprocz tego nie obchodzi jej nic, nie ma żadnych hobby, ludzkie towarzystwo odrzuca, liczy się tylko Cullen i dookoła niego kręcą się jej wszystkie myśli. Furda przyjaciele, rodzina, wyksztalcenie, wiedza, wszystko to Bella jest skłonna odrzucić ponieważ kocha Edwarda a on jest taki pięęęknyyyy... Świetny przekaz dla młodych czytelniczek, nie ma co: jedyne co się liczy w twoim życiu to facet. Suyperatomowy romans Belli i Edwarda jest równie niewydarzony jak wszystko inne w tym dziele. Bohaterowie błyskawicznie przechodzą od wzajemnej niechęci do zakochania po uszy, bez stadiow pośrednich. Tak ciach trach i już mamy wielką miłość która pojawila sie znikąd i trwa niezmiennie. Coby było jeszcze głupiej Edward fascynuje się Bellą bo ta apetycznie pachnia, a Bella Edwardem, bo ten jest cudownie piękny. Zafascynowania osobowością czy wnętrzem nie stwierdzono, nawet w ilościach śladowych. W dodatku Edward zachowuje się jak rasowy psychopata, co byłoby do przełknięcia, gdyby nie było przedstawiane jako zachowanie romantyczne oraz objaw prawdziwej miłości. Boski Edzio otóż:
Sama ciąża Belli to jest w ogóle potworność skondensowana. Postępuje w niesłychanie szybkim tempie, trwając wszystiego jakieś trzy miesiące. Dziecko w dodatku rodzi się większe niż normalne noworodki, co oznacza że pani Cullenowa posiada macicę z kauczuku, bowiem normalna ludzka macica nie jest w stanie rozciagnąc się tak mocno w tak krótkim czasie. Przez te trzy miesiące płód zdołał zlamac Isabelli kilka żeber i miednicę, oraz doprowadzić do kompletnego wycieńczenia przyszlej mamusi. Wreszcie ktoś wpada na świetlany pomysł żeby dawać Belli krew, ponieważ mały potwór jakoś pozbawia ją tego życiodajnego płynu. Nie pytajcie mnie jak, Meyer nie ma najwyraźniej bladego pojęcia o istnieniu bariery między krwią matki a krwią płodu i nie zdaje sobie sprawy że wypita przez Bellę krew zostalaby przez nią strawiona, i dopiero rozłożona na składniki pokarmowe trafi do dziecka. Ale my tu mówimy o kobiecie która się, szczyci tym że nie sprawdza i nie wyszukuje żadnych informacji w trakcie pisania. Co zresztą mocno odbija się na jej prozie, bo na przyklad Edward który dwa razy ukończył szkołę medyczną używa najzupelniej niefachowego słownictwa. Wracajmy do ciąży. Wreszcie nastąpiło szczęśliwe rozwiązanie, w trakcie ktorego dziecię złamało Belli kręgosłup, nie pytajcie jak, bo dzieci w trakcie porodu nie tańczą kankana, tylo ustawiają się w kanale rodnym. Potem Edward dokonał cięcia cesarskiego za pomocą zębów i wydobył na świat malego potwora, ktory okazał sie rzecz jasna absolutnie prześliczniusi. Tak, dobrze przeczytaliście, Edward dokonał cesarki zębami. Można już mdleć. A to wszystko razem i wiele innych kwiatuszków których tu nie opisałam, sprzedawane jest jako cudowny romans, w dodatku przepojony głębokimi wartościami moralnymi, ponieważ Edward uprawia seks z Bellą dopiero po ślubie. Czy ma ktoś kubełek? Chce mi się rzygać.
sobota, 03 maja 2008
Widziała morła cień... Dziennikarskiego...
Oto kolejny odcinek cyklu "Tytani dziennikarstwa polskiego". Dzisiejszym bohaterem jest autor tych oto smętnych wypocin, znalezionych na łamach serwisu gazeta.pl. Ja rozumiem, jest długi weekend, człek by raczej przy grillu posiedział, sącząc rytualne piwko, zamiast notatki na okrutnie ponure tematy pisać. Niemniej nie usprawiedliwia to odwalania roboty, jak się to u nasz mówi, piętą od dupy. Spójrzmy co ów osobnik wypocił: Oskarżony Seweryn W. nie przyznał się do zarzutu zabójstwa. Panie kochany, albo może pani, nie wiem, przyznawać to się można do winy, albo do popełnienia jakiegoś czynu, ale nie do zarzutu. Po uderzeniu, kierowca samochodu zatrzymał się, a potem cofną (...). Boża krówko dziennikarska, siebie on zatrzymywał, ten kierowca, czy raczej pojazd? I po co pisać że kierowca samochodu, skoro było to powiedziane wcześniej i wszyscy wiedzą? I, gościu niedzielny, na Bogów, czytaj to co wypocisz i sprawdzaj pisownię! Mężczyzna po wypadku uciekł z jego miejsca, a potem porzucił samochodu. Rozpacz w kratkę. Autor, rozumiem, zaczął się chyba jednak tym piwem pokrzepiać i niewątpliwie wybrał jakiegoś ekstrastronga, bo takiego zdania naprawdę nie da się spłodzić na trzeźwo. Czy istnieje jakiś przepis na podstawie którego można skazać za mord na języku ojczystym?
sobota, 26 kwietnia 2008
Blade Runner i blady Quentin
Dzisiaj na tapetę bierzemy niejakiego Quentina i tłumaczenie pewnej nader słynnej kwestii filmowej, jakie ówże walnął. w swoim wpisie w gazecianym Popcornerze Żeby było jasne, nie mam pojęcia kto je spłodził, ale najlepsze to ono nie jest. Owa kwestia pochodzi z "Blade Runnera" Ridleya Scotta, a w oryginale wygląda tak: I've seen things, you people wouldn't believe. Attack ships on fire off the shoulder of Orion. I watched c-beams glitter in the dark near the Tanhauser Gate. All those moments will be lost in time like tears in rain. Time to die. Natomiast przekład, który mam ochotę nieco pokopać wygląda tak: Widziałem rzeczy, o których Wam - ludziom, nawet się nie śniło. Płonące okręty szturmowe, w okolicach pasa Oriona. Widziałem promienie świetlne lśniące w ciemnościach w pobliżu Wrót Tannchausera. Wszystkie te chwile znikną w czasie, jak łzy w deszczu. Czas umierać... Błąd ortograficzny popełniony dwukrotnie w nazwie tajemniczych Wrót miłosiernie pominę, powiem tylko że one Tannhausera są. Przejdźmy do przekładu. Pierwsza rzecz która wydarła z mego falującego łona cichy jęk, i to wcale nie rozkoszy, to ów pas Oriona. W oryginale, niczym bawół pośrodku pustej sawanny, stoi w tym miejscu wyrażenie shoulder of Orion. Znaczy ramię. A ramię, drogi tłumaczu, mamy u góry. Pas nosimy na biodrach, a biodra mamy ponizej ramion. Ramiona nie są pasem. Pas nie jest ramionami. U Oriona ramiona wyznaczają Betelgeuze (prawe) i gamma Ori, zwana również Bellatrix (lewe). I to właśnie o okolicę tych gwiazd chodzi w cytowanym tekście. Nie wiem jak to przełożyć żeby było ładnie, fachowo i astronomicznie, wiem jednak że pas Oriona wypada gdzie indziej i składa się z innych gwiazd. Dalej robi się trudniej, bo nie wiadomo do końca co autor miał na myśli. Pojawiają sie otóż c-beams, przetłumaczone tu jako "promienie światła". C-beam to zasadniczo jest element budowlany, belka po prostu, u nas potocznie zwana ceownikiem. Ktoś kiedyś wysunął supozycję iż chodzi o unoszące się w przestrzeni kosmicznej fragmenty wcześniej wymienionych płonących pojazdów. O co by nie chodziło nie były to promienie światła (gwiezdnowojenne reflektory o tej nazwie były aluzją do "Blade Runnera", nie odwrotnie) ponieważ słowo glitter oznacza, owszem, "świecić" ale światłem odbitym. Coby się jeszcze trochę poczepiać zwrócę teraz uwagę na urode ogólną tej frazy: "Promienie świetlne lśniące w mroku". Masło maślane które maśliło. A co może robić światło jeśli nie świecić? Uświęcać śliwki?
czwartek, 24 kwietnia 2008
Polska języka trudna języka
To miejsce narodziło się by dać upust mojej frustracji wywołanej narastającą ilością koszmarnych tłumaczeń na jakie się natykałam. Nerwowa kobieta jestem, temperament mam wybuchowy i niedobrze jest gdy mi frustracja narasta w środku, bez możliwości rozładowania. No niedobrze, mogą niewinne ofiary w ludziach paść, czy coś. Frustracja niestety znowu we mnie narasta, albowiem okazuje się że obecnie wcale nie trzeba umieć pisać po polsku żeby być dziennikarzem. Wcale. Skąd. Można posługiwać się czymś w rodzaju pidginu, gwałcącego wszelkie zasady gramatyki, ortografii, oraz niekiedy logiki i też będzie fajnie. I nikt sobie nie zawraca głowy korektą, redagowaniem tekstu i innymi takimi dyrdymałami. To passe jest po prostu. Aby zatem ocalić potencjalne niewinne ofiary inauguruję kolejną kategorię w moim blogu, poświęconą zmaganiom orłów dziennikarstwa polskiego z trudną materią ojczystego języka. Pierwszym orłem i sokołem (hej, hej) goszczącym w tym dziale będzie autor tej oto notatki z portalu gazeta.pl. Cóż my zatem w niej czytamy, Szanowna Publiczności? Dyżurny wysłał na miejsce partol, ale było już za późno. Literówka zaiste freudowska, drogi Autorze, rzeczywiście widzę tu partol jak diabli, w tym tekście. Pocisk przebił dwie pary drzwi i utkwił w szafce w przedpokoju. Była to tak zwana breneka, czyli pocisk na grubego zwierza. Szczęśliwie żona nie stała na torze lotu pocisku. Mamy tu trzy zdania i w każdym z nich występuje słowo "pocisk". A można by pomyśleć że język polski jest przecudownie bogaty, różnorodny i wcale nie trzeba się powtarzać. Można było na przykład napisać, bardziej przy okazji zgodnie z prawdą, że breneka to ładunek kulowy przeznaczony do broni gładkolufowej. Na grubego zwierza użytkuje się również ładunki śrutowe, tak na marginesie. Ale najlepsze jeszcze przed nami. Otóż nasz dzielny Wojownik Pióra i He-Man Klawiatury twierdzi iż żona awanturniczego myśliwego szczęśliwie nie stała na torze lotu pocisku. Czy ja naprawdę muszę wyjaśniać jak koszmarnie i nie po polsku jest skonstruowane to zdanie? Czy powinnam tłumaczyć że aby stać NA torze lotu tego pocisku żona musiałaby lewitować nad podłogą? Litości. Litości dla polskiego języka. Błagam.
poniedziałek, 24 marca 2008
Kocham cię, Ziabciu...
Leciał sobie wczoraj w telewizji "Wróg publiczny" z Wilem Smithem w roli głównej. No i nastąpiło coś takiego: w pewnym momencie bohater grany przez Willa znajduje Bardzo Ważny List, pismo oficjalne, skierowane do jakiejś rządowej szychy, w tej chwili nie pamiętam już jakiej. List był podpisany "Sincerely yours, Główny Złoczyńca" (no co, nie pamiętam nazwiska). To, co wygłosił w tym momencie lektor sprawiło że mało nie oplułam telewizora pożeranym akurat mazurkiem. "Na zawsze Twój, Główny Złoczyńca". No kurczę, jak ktoś nie odróżnia zwrotu grzecznościowego od wymiany czułości, to może powinien na korepetycje iść? Pierwszy z brzegu licealista powinien wystarczyć jako nauczyciel.
niedziela, 23 marca 2008
Tłumocz du jour
Bawiąc swego czasu w Krajach Zamorskich zrobiłam to, co robię zwykle w każdym odwiedzanym miejscu, mianowicie najechałam wszystkie księgarnie i antykwariaty w okolicy. Efektem najazdu był bagaż wypchany książkami, który z trudem wlokłam przez rozmaite lotniska. Wśród książek wtedy nabytych znalazł się również cykl kryminałów autorstwa Kathy Reichs, którego główną bohaterką jest antropolog Tempe Brennan. Bardzo mi się te powieści spodobały i od razu się przyznam że podkochuję się w Andrew Ryanie i jego poczuciu humoru. Ryan Ryanem, okazało się ostatnio że cykl o Tempe zaczęto wydawać i w Polsce. Ucieszyłam się, nie powiem, ale tak jakby mi przeszło kiedy rzuciłam okiem na tytuły. Poniedziałkowa żałoba w porządku, bo jak niby inaczej przetłumaczyć Monday mourning? Schody zaczynają się przy Deja dead. Nikt nie miał najwyraźniej pomysłu na ten tytuł, ponieważ z tego co zauważyłam powieść ta występuje u nas albo pod tytułem oryginalnym, albo jako Zapach śmierci. Dość kretyńsko, bo akurat zapach w tej powieści nie odegrał większej roli, trupi odór jak trupi odór. Nie użyto natomiast możliwości która wręcz nachalnie pcha mi się na klawiaturę, mianowicie Deja trup. Bo o to przecież chodziło, kolejne morderstwo w tym samym stylu, kolejna podobnie potraktowana nieboszczka, istne trupie deja vu. Śmiesznie robi się jednak dopiero przy trzecim tomie przygód Mme Brennan jaki wydano w Polsce. Otóż jakaś bardzo inteligentna osoba przetłumaczyła Death du jour jako... Dzień śmierci. A tak się fajnie składa że ten tytuł ma znaczenie wręcz przeciwne, bo chodzi o śmierć dnia, tak jak danie dnia w knajpie. Jak tłumaczowi ten dzień śmierci wyszedł-nie wiem, zbyt kręta to logika, nie na mój skromny, wiedźmi łeb.
poniedziałek, 03 marca 2008
Carter Brown "Namiętna poganka", BetaBooks, Warszawa 1991, przekład Anna Przeczek.
Od dłuższego czasu jestem w trakcie przenoszenia mojego księgozbioru z dawnego pokoju mojej siostry, w którym stacjonował na czas remontu, do nowiutkich szaf bibliotecznych w moim pokoju. Układając sobie w ramionach kolejny stos książek do przeniesienia trafiłam na chłostane dzisiaj dzieło. Na okladce znajdowała się goła baba i wielki czerwony napis "KRYMINAŁ!" w środku zaś... W środku zaś coś, co mogę nazwać wyłącznie wytworem kryminalnopodobnym dla potłuczonych. Akcja tego dzieła zaczyna się, jak to zwykle bywa u miernych pisarzyn aspirujących do bycia drugim Chandlerem, od pięknej kobiety wkraczającej do biura prywatnego detektywa. Piękna kobieta nazywa sie Laka Tong, jest hawajską Chinką, albo może chińską Hawajką, zupełnie nie wiadomo czemu posiadającą niebieskie oczy i jeszcze bardziej nie wiadomo czemu odzianą w kimono. Szafirowe. Z rozcięciem w spódnicy przez które błyska złociste udo, w czym zupełnie nie przeszkadza fakt że według Autora panna Tong ma cerę delikatniejszą niż porcelana. I otóż, proszę Państwa, nasza złocisto-porcelanowa Chinka w kimonie, z anielskim uśmiechem na uściech oznajmia dzielnemu detektywowi nazwiskiem Danny Boyd że chce aby pan Boyd kogoś dla niej kropnął. No tak po prostu, wchodzi sobie lasencja do biura najzupełniej legalnego prywatnego detektywa i mówi "Chcę aby pan kogoś zabił". Melduję poslusznie że jedna osoba już zeszła, mianowicie ja, przy czytaniu tegoż. Zeszłam ze śmiechu. Ale to, to jest dopiero początek.Nasz detektyw, twardziel niemożebny, z tych co to żują gwoździe i spluwają zszywkami, rzecz jasna odmawia, panna Tong, kręcąc kuperkiem wychodzi, zaś Dzielny Detektyw pakuje się w aferę, dając się zupełnie idiotycznie okładać po głowie (bo tylko idiota odwraca się tyłem do obcego typa który przed chwilą gruchnął w łeb kogoś innego), znajdując trupa w wannie, śledząc domniemane brudne interesy Chińsko-Amerykańskiego Twoarzystwa Sztuk Pięknych i zadzierając, rzecz jasna, z gangsterami. A, byłabym zapomniała, nasz bohater ładuje się również w romans z blondyną, u której obwód w biuście znacznie przekracza iloraz inteligencji, co nie jest problemem, bo mości Boyd intelektualnie i emocjonalnie znajduje się na poziomie przeciętnego gimnazjalisty. Całość wieńczy finał w trakcie którego detektyw wyciąga wnioski z kapelusza, bo z wydarzeń wcześniejszych nie dało się ich wyciagnać za, nomen omen, Chiny. Nomen omen, bo za wszystkim okazują się stać komunistyczne Chiny, zarabiające na handlu heroiną w Stanach. Tak na marginesie, autor błysnął własną niewiedzą jak fleszem, każąc się dziwić jakim cudem Chińsko-Amerykańskie Towarzystwo Sztuk Pięknych, zajmujące się handlem antycznymi chińskimi wyrobami z nefrytu stać na modernizację budynku, mającą kosztować tysiące dolarów. Akurat nefrytowe i jadeitowe chińskie antyki to cholernie kosztowna sprawa, proszę pana. Wracając do tematu, to muszę stwierdzić że akcja jest chaotyczna i nielogiczna, bohaterowie postępują tak, jakby namiętnie pijana żytniówka wybiła im wszystkie trzy posiadane szare komórki, a do tego Autor tak bardzo strasznie chce być Chandlerem i bardzo strasznie mu to nie wychodzi. Filipek Marlowe znany jest ze swych błyskotliwie złośliwych i sarkastycznych tekstów, jednak stosuje je raz na jakiś czas, Danny Boyd natomiast przemawia bez chwili przerwy i wytchnienia stylem będącym żałosną parodią marlowowskiego sarkazmu. Po dwóch stronach człowiek ma ochotę zalać Boydowi gębę cementem portlandzkim, tak żeby jej nigdy już nie otworzył. Próbka boydowskiej błyskotliwości: "- Co z panem jest? - zapytałem. - Musi pan mieć jakiś problem! - Buty mnie uciskają - powiedział ponuro i włączył się w ruch uliczny. - Może włożyłeś lewy but na prawą nogę, ty głąbie! - ryknąłem za nim." Gwoździem do trumny są postaci kobiece, sprowadzone do roli nosicielek cycków i ud, za to wyprane z inteligencji. Na dobrą sprawę w tej powieści, choć to określenie mocno na wyrost, nie ma ani jednej inteligentnej postaci, wszystkie są głupie jak pęcherz wielbłąda. Mówią że picie alkoholu zabija neurony, jednak to pryszcz jest w porówaniu ze spustoszeniem jakie sieje w mózgu lektura tego dzieła. Spustoszenie musiało niewątpliwie dotknąć umysłu tłumaczki, ponieważ zapomniała ona jak się posługiwać językiem ojczystym. Skutkiem tego jest ustawiczna walka z podmiotem domyślnym, który zawsze wypada nie tam gdzie trzeba. Popatrzmy tu, na przykład: "Czarna satyna lekko zaszeleściła, kiedy poruszyła swoimi szczupłymi ramionami." Ze zdania zacytowanego powyżej wynika że ramionami poruszała satyna. A tymczasem chodziło o kobietę. Dowcip polega na tym że przedmioty w języku angielskim są domyślnie w rodzaju nijakim. Zatem gdy ktoś napotka zdanie "Black satin swished slightly when she moved her thin arms" będzie wiedział że owo "she" może się odnosić li i jedynie do damy w rzeczoną satynę odzianej (bo gdyby chodziło o satynę, byłoby "it"). Natomiast jeśli w tłumaczeniu bezmyślnie zastąpimy zaimek osobowy podmiotem domyślnym, popełnimy gwałt na gramatyce języka polskiego i wyślemy sens zdania w kosmos. A tłumaczka robi to co chwilę, każąc broszy gadać, satynie poruszać ramionami a facetowi podejść do kanapy po czym siąść jak najdalej od tego mebla. Inną rzeczą która pogryzła mnie po oczach był, namiętnie tłuczony przez całą powieść wyraz "olstro". Facet nosił magnum w olstrze pod pachą, zdaniem pani tłumaczki. Biedna niewiasta nie wiedziała zapewne że olstro to jest owszem takie coś na broń, ale przymocowane do przedniego łęku siodła. Natomiast to, co detektyw nosi pod pachą to się kabura nazywa. Wszystkie dzieci powtarzają za mną: kabura. Ka-bu-ra. Kończąc i reasumując: książka do bani, przekład nie lepszy. |